Jedyną w pełni autonomiczną względem obu gangów stolicy zorganizowaną strukturą przestępczą w Polsce pozostawała grupa Janusza T. pseud. Krakowiak. Zasłynęła brutalnością, okrucieństwem, wieloma niepotrzebnymi, a często nawet niezrozumiałymi morderstwami. W ciągu kilku lat niemal zmonopolizowała na południu kraju wszelką zbrodnię. Około 300 zatwardziałych kryminalistów z więziennej kasty „ludzi”, pod wodzą Krakowiaka, niepodzielnie władało Górnym Śląskiem oraz przyległymi województwami marginalizując lokalnego rezydenta Pruszkowa – Zbigniewa Szczepaniaka pseud. Simon.

Receptą na potęgę i hermetyczność grupy herszt uczynił rygorystyczną selekcję współpracowników. W przeciwieństwie do pozostałych wiodących związków przestępczych, ten nie zrzeszał wielu przypadkowych osób, luźno powiązanych z półświatkiem. Warunkiem wstąpienia w szeregi była kryminalna przeszłość, odbyty wyrok oraz brak w życiorysie jakiejkolwiek kooperacji z policją. Miało to wstępnie eliminować jednostki słabe, niezdeterminowane, niezdolne do wypełnienia każdego rozkazu. W zamian, „żołnierze” mogli liczyć na lojalność kolegów, aresztowanych nie pozostawiano samym sobie. Krakowiak dyscyplinował świadków, opłacał adwokatów i wspierał finansowo rodziny przebywających w więzieniu, a nawet przesyłał za kraty paczki i wysyłał na mokre widzenia prostytutki. Bywał jednakże bezlitosny względem nielojalnych lub o zdradę tylko podejrzewanych. Wewnętrzny system kar przewidywał, także prewencyjne, ciężkie pobicia z przetrącaniem rąk i nóg, przestrzeliwanie kolan, wleczenie na linie za samochodem… Żołnierza charakteryzować miała żelazna dyscyplina i absolutne posłuszeństwo względem przywódcy. Symbolem tego stał się pocałunek składany na dłoni bossa. W ten sposób, wzorem filmów o włoskiej mafii, gangsterzy prezentowali swój szacunek i pełne oddanie. Oznaką braterstwa, również zapożyczoną z tegoż źródła, uczyniono wzajemne podawanie dzieci do chrztu.

Janusz T. przyszedł na świat w 1963 roku. Młodość przeżył w krakowskiej Nowej Hucie. Jako nastolatek rozpoczynał karierę od rozbojów. Wraz z kolegami dobierał zamożne i zazwyczaj, z powodu upojenia alkoholowego, niezdolne do skutecznej obrony ofiary. Łupem padały zegarki, obrączki, gotówka. Z biegiem lat, przyszły boss skupił się na handlu walutą oraz alkoholem bez banderol. Tym ostatnim, zwłaszcza pod krakowskimi lokalami rozrywkowymi. Nadal zarabiał jednak na napadach – w zamian za część zrabowanych dóbr przygotowywał scenariusze rozbojów i typował ofiary. Tężyzna Krakowiaka, połączona z bezwzględną brutalnością, umożliwiła mu także skuteczne egzekwowanie wierzytelności. Windykację oparł na wizytach składanych dłużnikom na dzień przed wyznaczonym terminem płatności. Jedynym ich celem, zwykle bez żadnego dodatkowego wyjaśnienia, uczynił wymierzenie dyscyplinującego ciosu, miażdżącego nos nieszczęśnika. Wzbudzał paniczny strach. Z biegiem czasu sformował grupę oddanych kompanów kryminalnego rzemiosła.

Skonfliktowany z krakowskimi watażkami pod koniec lat osiemdziesiątych musiał przeprowadzić się na Górny Śląsk, do Będzinia. Tam, pod wpływem nowego miejsca i nowych możliwości związanych z przemianami politycznymi i faktyczną likwidacją najważniejszych struktur Służby Bezpieczeństwa oraz Milicji, charakter działań uległ gwałtownej zmianie. Z bandy raczej lokalnych, niestroniących od alkoholu opryszków, ludzie Krakowiaka przemienili się w zbrojny gang dokonujący coraz bardziej zuchwałych rozbojów i bestialskich zbrodni. W 1991 roku dokonali napadu na właściciela kantoru ze Stalowej Woli. Podczas rabunku zastrzelono człowieka. Egzekucji ofiary dokonać miał, według prokuratury, osobiście Krakowiak. Wcześniej, gangster nawiązał kontakt z Nikodemem Skotarczakiem pseud. Nikoś, ojcem chrzestnym pomorskich złodziei samochodów.

Przez pewien czas Skotarczak ukrywał się przed policją w Krakowie, przy okazji formując małopolski odłam swej struktury przestępczej. W zamian za pomoc, Krakowiak otrzymał od Nikosia zgodę na handel kradzionymi pojazdami, głównie luksusowymi limuzynami. Poza importem z Zachodu, masowo rabowano pojazdy w całej południowej Polsce – głównie na Śląsku, Zagłębiu i Podbeskidziu, ale „delegacje” złodziei docierały nawet na Pomorze. Na potrzeby procederu zaangażowano najlepszych specjalistów branży. Włamanie i uruchomienie wysoko zabezpieczonych egzemplarzy marek BMW bądź Audi najlepszym zajmowało kilkanaście sekund. Następnie auta trafiały do kryjówek zlokalizowanych w Sosnowcu i Ożarowicach, gdzie już po kilku minutach od kradzieży przebijano numery silników oraz drukowano fałszywe dokumenty. Gotowe pojazdy konwojowano do wschodniej granicy. Tam oczekiwali odbiorcy z rosyjskich i ukraińskich struktur mafijnych. Część samochodów spieniężono także w należącym do Krakowiaka sosnowieckim autokomisie oraz w innych punktach prowadzonych przez ludzi z półświatka, m.in. w Bytomiu. Prowadzenie biznesu motoryzacyjnego w Małopolsce Krakowiak powierzył Jackowi M. pseud. Marchewa. Sam zarejestrował się w tym samym roku jako taksówkarz i do końca utrzymywał, że na życie zarabia właśnie prowadząc samochód. Na co dzień zresztą jeździł starym polonezem.

Górnośląska grupa rosła w siłę. Stale rozszerzano asortyment popełnianych przestępstw. Masowo wymuszano haracze. Zaangażowano znaczny kapitał w hurtową i detaliczną sprzedaż środków odurzających. Podporządkowano sobie liczne gangi, m.in. gliwicki Sandokana. Krakowiak powrócił też do Krakowa poprzez tamtejszych gangsterów – Pyzę i wspomnianego Marchewę. W specyficzny sposób przejęty został częstochowski detaliczny rynek narkotykowy. Kryminaliści wytypowali czterech najważniejszych lokalnych dilerów, po czym porwali i przewieźli ich do lasu. Tam uprowadzonym połamano nogi.

Dokonywano oszustw ubezpieczeniowych, sprzedawano wycofane z obiegu monety jednopensowe jako złote numizmaty. W należącej do gangu drukarni masowo podrabiano waluty. Renomowani polscy fałszerze, Witold K. i Tadeusz R., produkowali dolary, marki niemieckie, czeskie korony, ukraińskie karbowańce oraz stare polskie złotówki. Z ich usług korzystali m.in. Dziad i Masa. Za podrobione banknoty płacono im 20% ich nominalnej wartości, a następnie rozprowadzano jako prawdziwe pijanym klientom agencji towarzyskich i hurtem odsprzedawano mniejszym gangom. W międzyczasie, kule gangsterów ponownie pozbawiły życia właścicieli punktu wymiany walut. Tym razem był to kantor „Marka” w Sosnowcu, gdzie zamordowano małżeństwo Annę i Stanisława Siweckich. Wbrew pozorom, nie był to jednak napad rabunkowy, lecz zabójstwo na zlecenie przestępcy o pseudonimie Żyd. Była to najpewniej inauguracja odpłatnych usług sławnego później szwadronu śmierci.

Na wzór sycylijski Krakowiak rozpoczął budowę przyszłej agentury w strukturach wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania. Aktywnie poszukiwał młodych, chętnych do podjęcia służby w policji, jak i studentów prawa. Sponsorował ich, korumpując tym samym przyszłych urzędników państwowych. Z każdym dniem związek przestępczy stawał się silniejszy. Stale dokonywano licznych napadów z bronią oraz włamań. Znakiem rozpoznawczym przestępców podlegających rozkazom bossa stała się skrajna i często niepotrzebna brutalność. Ofiary bez powodu katowano, nawet, gdy łupem paść miały tak mało wartościowe przedmioty, jak bilet autobusowy czy stara reklamówka (faktyczne przykłady). Wielu poszkodowanych przypłaciło przypadkowe, pechowe spotkanie trwałą utratą zdrowia. Gang wyrósł na jedną z najpotężniejszych struktur przestępczych w Polsce, a swym zasięgiem objął niemal całe południe kraju. Nawet Pruszków nie był zainteresowany wojną z Krakowiakiem. Bezwzględne i lojalne oddziały bez chwili wahania wzięłyby odwet za każdą próbę zagarnięcia terytorium, nawet jeżeli miałaby to być misja samobójcza.

Liczący w szczytowym okresie około 300 członków związek przestępczy w niedługim czasie uzyskał dodatkową renomę działaniami niezwykle skutecznego plutonu egzekucyjnego. 23 listopada 1996 roku zgładzono mistrza Polski w kickboxing u i zarazem trenera kadry narodowej – 28 letniego Andrzeja Firsta. Jego pokaleczone nożami zwłoki pozostawiono na klatce schodowej bloku przy ul. Stachiewicza na krakowskich Azorach. Motywem zbrodni była współpraca ofiary z biznesmenem Andrzejem M. oraz organizacja skutecznej ochrony krakowskiego klubu „Pasja”. Do tego zlecenia wynajęci zostać mieli bandyci z Ukrainy.

22 stycznia 1997 roku kule podziurawiły ciało łącznika białoruskiej mafii, Wiktora Fiszmana. Zabójstwo zlecić miał rezydent grupy pruszkowskiej na Szczecin, Marek M. pseud. Oczko. Targu dobito nad napoleonkami w kawiarni katowickiego hotelu „Warszawa”. Oczko obawiał się Białorusina, jego grupa przejmowała lokalny rynek narkotykowy. Wcześniej uprowadziła ona dwóch pracujących na Pomorzu górnośląskich złodziei samochodów – Sebastiana K. pseud. Młody Krawat i Jana R. Wówczas ich uwolnienie kosztowało Krakowiaka 10 tys. dolarów okupu. Stąd zlecenie wyjątkowo ochoczo przyjęto i wykonano.

Również w styczniu 1997 roku Janusz T. został zatrzymany przez policję. Postawiono mu zarzut obrotu kradzionymi pojazdami. Rzeczywista skala działań Krakowiaka była już wtedy znana prokuraturze, choć brakowało bezpośrednich dowodów popełnienia najpoważniejszych czynów. Mimo tego, już po dwóch tygodniach, boss wyszedł na wolność. Sąd zażądał jedynie złożenia niskiego poręczenia majątkowego. Referentem tej sprawy był sędzia Andrzej R., odpowiedzialny za wielokrotne uchylanie aresztu znanym przestępcom – m.in. Ryszardowi Boguckiemu, konkubinie posła Kolasińskiego oraz urzędnikom skorumpowanym przez przywódców syndykatów paliwowych. Tajemnicze okoliczności zwolnienia Krakowiaka potwierdziły zakres jego wpływów. Sam gangster przechwalał się protekcją sądownictwa i wynikającą z tego nietykalnością. Dzięki nim wkrótce doszło do kolejnych zabójstw. W przejściu podziemnym w centrum Przemyśla śmiertelnie postrzelono właściciela tamtejszego kantoru. W tym zabójstwie również nie chodziło o klasyczny rabunek – miało być ono przesłaniem dla krewnego ofiary, wysokiego rangą urzędnika odpowiadającego za szczelność jednego z polsko-ukraińskich przejść granicznych. Po tym zabójstwie przemytnicy mogli przewozić przez granicę co i kiedy chcieli.

Wśród następnych ofiar znalazł się inkasent z hurtowni „Rovita” w Krakowie. Gangsterzy zajechali drogę jego poloneza i oddali śmiertelny strzał. Pomimo ciężkiej rany postrzałowej zamach przeżył właściciel kantoru z Białej Podlaskiej. Podczas tego napadu skradziono pompkę do roweru, kalkulator i 107 zł w gotówce. Ludzie bossa dokonywali dalszych napadów, padały kolejne śmiertelne strzały. Kule pozbawiły życia młodą ekspedientkę z opolskiego sklepu spożywczego. Od czasu opuszczenia aresztu śledczego, notowania herszta w półświatku rosły. Został ostatecznie i niepodważalnie uznany przez wszystkie polskie związki przestępcze za gracza numer 1 południowych województw. Nastąpił dalszy rozkwit handlu bronią, narkotykami i kradzionymi pojazdami. W tym też czasie w jego otoczeniu pojawił się przykrywkowiec Jerzy Hybiński, który w latach PRL-u był antyterrorystą u Misztala a przez 4 lata funkcjonariuszem SB. Wystąpił pod legendą kryminalisty wracającego do Polski po latach „pracy” na Wschodzie, a do tego kierunku Krakowiak miał wielki sentyment.

Krakowiak przez całą dekadę ingerował w porachunki małopolskich gangsterów. Lokalne grupy toczyły walki o prymat nad ochroną lokali handlowo-usługowych, handel narkotykami, kradzieże samochodów i czerpanie korzyści z prostytucji. W konflikcie Zbigniewa Ś. pseud. Pyza z Marchewą, Krakowiak poparł tego pierwszego. W listopadzie 1998 roku zalecił podpalenie agencji towarzyskich konkurenta. Jedna z pracujących tam kobiet zginęła w ogniu. Odwetem miała być śmierć Pyzy w zamachu bombowym. Pod koniec tego samego roku policja zatrzymała na krakowskim dworcu żołnierza Marchewy – Tomasza G., wiozącego z Gdańska materiały wybuchowe. Wkrótce po opuszczeniu murów więzienia, kurier został pobity na śmierć - również z inspiracji Krakowiaka. Jeden z uczestników tego zajścia, niejaki Loczek, został świadkiem koronnym, co przypłacił życiem własnego dziecka.

Zaraz po opuszczeniu aresztu, z zemsty lub obawy ponownego zatrzymania, boss podjął decyzję o neutralizacji niebezpieczeństwa grożącego ze strony organów ścigania. Na cel wytypował trzy osoby: prokuratora Jerzego Gajewskiego oraz Bogusława Sałagana, późniejszego oficera śląskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego. Zgodnie z poleceniem, wskazane osoby zginąć miały w widowiskowych zamachach. Gangsterzy przez długi czas obserwowali wytypowane cele. Notowali godziny ich pracy, trasy przejazdów, zwyczaje. Robili zdjęcia, zdobyli też szczegółowe informacje o krewnych funkcjonariuszy. Parę lat później wydane zostało zlecenie na „głowę” świadka koronnego o pseudonimach Łomiarz i Prezes. Wyposażony w karabin snajperski zabójca oczekiwał, gotowy do strzału, na dachu budynku położonego na wprost aresztu przy ul. Mikołowskiej w Katowicach, w którym Prezes przebywał. Niedoszłą ofiarę uratowało przeniesienie do innego zakładu, o czym strzelec nie został w porę poinformowany. Później nikt już nie zdążył wykonać wyroków.

W dniach 18 i 19 stycznia 1999 roku trzystu pięćdziesięciu policjantów z całej Polski wzięło udział w uderzeniu na trzon grupy Krakowiaka. Antyterroryści zaatakowali domy i meliny wszystkich ważniejszych żołnierzy, jak i kadry przywódczej. Zatrzymano kilkudziesięciu przestępców, a także samego Janusza T. O piątej nad ranem policja wkroczyła na teren należącej do niego posesji przy ul. Baczyńskiego w Będzinie. Gdy wyważono drzwi domu, Krakowiak zasłonił się ciałem swojego kilkuletniego dziecka. Szybko został jednak obezwładniony i skuty kajdankami. Wyprowadzany zdążył jedynie powiedzieć do żony – „zaraz wracam”.

Boss został pogrążony zeznaniami przyjaciela z dzieciństwa, wieloletniego kompana – Wiesława Cz. pseud. Kastor. Świadka zatrzymano jesienią 1998 roku. W czasie przesłuchania przedstawiono dowody ewidentnie łączące kryminalistę z poważnymi przestępstwami. Wśród akt znalazło się także pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Kastor wiele lat spędził za kratami, tym razem mury zakładu karnego opuściłby w bardzo podeszłym wieku. Przystał więc na propozycję współpracy z prokuraturą. Wyczerpujące zeznania obnażyły skalę i metodykę działania związku przestępczego, popełnione zbrodnie, a także potwierdziły ustalenia policyjnego przykrywkowca. Jak twierdzą śledczy, udzielone wyjaśnienia przedstawiły związek przestępczy jako sprawnie zorganizowane, nowocześnie zarządzane przedsiębiorstwo. Poszczególne „wydziały” specjalizowały się w pomocy prawnej i socjalnej, rozpoznaniu operacyjnym, zarządzaniu uzyskanym kapitałem. Inne komórki trudniły się wyłącznie popełnianiem konkretnych rodzajów przestępstw – zabójstw, włamań, rozbojów, oszustw, a także przemytem, produkcją syntetycznych narkotyków, handlem narkotykami lub bronią. Ukazane zostały powiązania z innymi wiodącymi zorganizowanymi strukturami przestępczymi z całego kraju oraz spoza Polski, głównie z Ukrainy, Niemiec i Rosji.

W postępowaniu przygotowawczym kilku prokuratorów przesłuchało sześciuset osiemnastu świadków, w tym dwóch świadków koronnych i jednego świadka incognito. Akt oskarżenia wraz z uzasadnieniem liczył ponad trzysta stron. Zgromadzono grubo ponad sto tomów akt. Dowody pozwoliły objąć postępowaniem karnym stu z ponad trzystu tworzących strukturę przestępców. Prokuratura zarzuca oskarżonym działanie w ramach zorganizowanego związku przestępczego o charakterze zbrojnym, w który wyewoluować miała zwyczajna grupa przestępcza, zabójstwa, porwania, handel środkami odurzającymi i bronią, obrót kradzionymi pojazdami oraz wiele innych przestępstw. Cztery zabójstwa obciążały Zdzisława Ł. - głównego egzekutora. Wśród oskarżonych znalazł się także Marek M. pseud. Oczko, zleceniodawca egzekucji Fiszmana i rezydent Pruszkowa na Szczecin. Proces rozpoczął się w 2001 roku. Poza czynami objętymi aktem oskarżenia, zarówno policjanci, jak i prokuratorzy podejrzewają gangsterów także o inne przestępstwa, z morderstwami włącznie. W następnych latach prowadzono około 20 procesów dotyczących tych czynów i faktycznie trwają one do dzisiaj.

Aresztowanie Krakowiaka nie oznaczało końca niebezpieczeństw. Wyznaczone zostały nagrody, w średniej wysokości 500 tys. dolarów, za głowy zdrajców i prowadzących śledztwo funkcjonariuszy. Zastraszano świadków oskarżenia. W późniejszym czasie nie stawiali się oni na rozprawy, przestali też rozpoznawać sprawców. Jeden z fałszerzy pracujących dla gangu popełnił w celi bytomskiego aresztu samobójstwo. Tymczasem lojalni podwładni zaplanowali ucieczkę herszta z zakładu karnego w Wadowicach, gdzie Janusz T. czasowo przebywał. Wieści o tych zamierzeniach dotarły jednak do prokuratury, a ta nakazała natychmiastowe przeniesienie osadzonego do katowickiego aresztu. Najprawdopodobniej operacja został opłacona z góry i kosztowała strukturę również pół miliona dolarów. By wkład nie przepadł, z wykupionej drogi skorzystać miał, podejrzewany o współudział w zabójstwie Pershinga, Ryszard Niemczyk.

Już po rozbiciu grupy górnośląskiej, ważni żołnierze Treli, Tomasz K. pseud. Kaczor i Zbigniew Ś. pseud. Pyza, usiłowali odtworzyć wpływy gangu. Oni jako jedyni umknęli policji w 1999 roku. Zamiary te nie zostały zrealizowane, obaj w końcu trafili do aresztu. Centralne Biuro Śledcze zatrzymało Pyzę wraz z przywódcą Pruszkowa, Andrzejem Z. pseud. Słowik, w Hiszpanii w 2001 roku. Kaczor został zlokalizowany w 2003 roku w Budapeszcie. Jednak już jesienią 2006 roku Pyza zostanie zwolniony i w dalszym procesie odpowiadał z wolnej stopy. Z przyczyn proceduralnych Sąd Okręgowy w Krakowie odrzucił wniosek prokuratury o przedłużenie tymczasowego aresztu.

Główny proces struktury Krakowiaka prowadzony był w specjalnie do tego celu skonstruowanym pancernym pomieszczeniu, zlokalizowanym w byłej sali kinowej na terenie koszar katowickich oddziałów prewencji. Szczególne środki ostrożności wynikały z priorytetu postępowania – kilkunastu oskarżonych posiada status przestępców szczególnie niebezpiecznych. Ława oskarżonych znajduje się w wydzielonej części sali rozpraw, dodatkowo odgrodzonej kuloodporną szybą. Kontakt z obrońcami możliwy był wyłącznie poprzez domofony. Wszelkie okna wyposażono w pancerne, mleczne szyby, budynek podlega kompleksowemu monitoringowi, a każda wchodząca osoba poddawana była kontroli. Rozprawy ochraniano przez uzbrojonych w broń maszynową antyterrorystów, zabezpieczających zarówno główną salę, budynek, jak i przylegające do niego tereny. Cała ul. Koszarowa na czas posiedzeń sądu była wyłączana z ruchu. Za każdym razem w konwojowaniu oskarżonych i zabezpieczeniu tras ich przejazdu uczestniczyło prawie dwustu policjantów, co czyniło ochronę procesu Krakowiaka największą operacją logistyczną w historii śląskiej policji.

Daleko idące środki bezpieczeństwa nie uchroniły postępowania przed wszelkimi komplikacjami. Oskarżeni nie przyznali się do winy. Podczas pierwszych rozpraw Krakowiak symulował zaburzenia psychiatryczne. Wykrzykiwał groźby pod adresem sądu, prokuratorów oraz świadków. Ogłosił, iż jest – „człowiekiem z miasta i pośle wszystkich do piachu”. Później zaśpiewał popularne przed laty piosenki. W celi aresztu pił wodę z muszli klozetowej, dokonywał innych czynności wskazujących na znaczne ograniczenie kontaktu z rzeczywistością. Sąd skierował oskarżonego na badania psychiatryczne. Te wykazały jego pełną poczytalność, lecz zgodnie z zamierzeniami przedłużyły i utrudniły proces. Później Krakowiak oskarżał policjantów i strażników więziennych o wielokrotne pobicia i tortury, którymi miano zmuszać go do składania obciążających wyjaśnień. Twierdził także, iż pod przymusem aplikowano mu środki halucynogenne, które to miały być przyczyną wcześniejszego irracjonalnego zachowania. Kierowano w tej sprawie oficjalne pisma do prokuratury krajowej.

W 2019 roku, po 20 latach aresztu, 53-letni Krakowiak został wyrokiem łącznym obejmującym 14 wcześniejszych wyroków skazany na karę łączną 15 lat pozbawienia wolności, co oznaczało jego natychmiastowe zwolnienie z aresztu w Tarnowskich Górach. Jak twierdzi, w tej chwili chce się skupić wyłącznie na rodzinie, w tym na wychowywaniu pięciorga wnuków, oraz na pracy… w Krakowie, w ochronie kantoru. Ponownie rozpoznana przez sąd zostanie sprawa odpłatnego zabójstwa Wiktora Fiszmana, lecz z uwagi na długość dotychczasowej izolacji boss terroryzujący południe Polski, od Zgorzelca, przez Sosnowiec, Katowice, Gliwice, Kraków, aż po Przemyśl, raczej nie wróci już za kraty. Przynajmniej nie za przestępstwa, które popełnił przed aresztowaniem.

Kazimierz Turaliński

 

Powiązane materiały kartoteki kryminalnej:

Straszny Zdzicho - egzekutor Krakowiaka

Nikoś - ojciec chrzestny mafii samochodowej

Zbigniew Szczepaniak – Simon, rezydent Pruszkowa


publicystyka

Wielkim sukcesem polskiego programu świadka koronnego jest to, że żaden z nich dotychczas nie...

Policjanci CBŚP mierzą się z najgroźniejszymi przestępcami, przejmują tony narkotyków,...

Jeśli zaginiona Iwona Wieczorek faktycznie nie żyje, co jest bardzo prawdopodobne ale wcale nie...