Stoją najniżej w hierarchii przestępczego królestwa, lecz popełniają najgorsze zbrodnie. Odsiadują wieloletnie wyroki, gdy tymczasem ich dawni przywódcy spędzają dni na zabawie i żyją w luksusie. Każdego dnia tysiące szeregowych żołnierzy wychodzi na ulice. Wielu nie wraca.

Jan nigdy nie popełnił zbrodni. Choć kilkakrotnie był o krok od tego, nigdy nie przekroczył tej granicy. Od dziecka był jednak dla wszystkich kandydatem na przestępcę. Zbyt długo płynął naprzeciw temu pod prąd. Pewnego deszczowego dnia przestał.

Budzisz się któregoś dnia i myślisz, co jest kurwa nie tak? Co zrobiłem źle? W którym momencie, którego dnia? Cały świat zamienia się w wielką pułapkę na myszy, a ty robisz za ser. Nie ma pieniędzy, ludzie tępią cię za to, że oddychasz, nikt człowieka nie potrzebuje. I widzisz tych wszystkich buców z kasą, w drogich samochodach od tatusiów bankierów czy lekarzy. W tym są lepsi, że urodzili się gdzie indziej, o innej godzinie. Ekstra premia od Boga za rodowód

Mój rozmówca nie chce ujawnić prawdziwego imienia. Mówi, by „napisać po prostu Jan, to nikt się nie dowie, nie skojarzy”. Nazwy miasta też nie ujawnię, to nie ma znaczenia skąd. Ani kiedy. Historia życia Jana otwarła się dwadzieścia siedem lat przed naszym spotkaniem. Przyszedł na świat w biednej rodzinie. Ojca alkoholika nienawidził za to, że ten pierwsze lata życia zamienił w koszmar. Wspomina czasem widok, jak pijany podcinał sobie żyły, krew kapała na posadzkę. Kilka razy próbował też zabić rodzinę gazem. Odkręcał kurki w kuchence i mówił, że „będą wszyscy wreszcie spokojnie spać w grobach”. Inne kadry, potłuczone szyby, zgaszone wczesnym wieczorem światło i nasłuchiwanie kroków na schodach… Prawie każdej nocy. Dwukrotnie ojciec wyważył drzwi do mieszkania, gdy rodzina nie chciała go wpuścić. Ciężko chora matka nie była w stanie nic zrobić. Policjanci przyszli kilka razy, później się znudzili.

Nigdy nie było pieniędzy. Gdy mama była zdrowa, pracowała przez 25 lat. Była najlepszym pracownikiem zakładu. To jeszcze było za socjalizmu, wtedy nagradzano takich dyplomem za wyrabianie ponad normę. Wyrabiała zwykle 200% normy. Gdy zachorowała, dali jej rentę, taką, co nie wystarczyła na opłacenie rachunków, o lekarstwach nie wspominając. Za jakiś czas nawet to odebrali.

Później zaczęła się szkoła. Najbiedniejszy w klasie. Oczywiście wszystkich paliło to w oczy. Stare buty i załatane spodnie. Zameldowanie na niepopularnej ulicy. Najbiedniejszy i najsłabszy. A jednak jeden z najlepszych uczniów. To jednak nie wystarczyło. Pojawiły się „dobre panie”, które koniecznie chciały „pomóc”. Pomogły. Chłopak pomimo nienagannego zachowania dostał kuratora sądowego. W tym samym roku zdobył dla szkoły dyplom z międzywojewódzkiego konkursu matematycznego. Jednak promocji do następnej klasy nie dostał. Z reguły nie dostawały dzieci, których rodzice nie kupili wychowawczyni zwyczajowego prezentu.

Kolejny etap, końcówka szkoły podstawowej. W tych latach na ulicach pojawiła się pospolita przestępczość młodocianych chuliganów. Nastoletni, odważni kandydaci na „gangsterów” zostają dilerami narkotykowymi, inni kradną radia samochodowe lub sprzedają spirytus. Osobną „siłę” tworzą kibice piłkarscy. Jan nie należy do żadnej z tych grup. Kilkakrotnie pobito jego krewnych, jemu także odgrażano. Nie był swój, nie „zarabiał” z nimi, a takich nikt nie lubi. Policja kilkakrotnie spisała protokoły w sprawach pobić, przesłuchała sprawców i umarzała sprawy. Zawsze było jedno zeznanie przeciw dwudziestu.

Pamiętam taki kadr z dzieciństwa, w okolicach świąt Bożego Narodzenia pomiędzy blokami jeździł zygzakiem radiowóz na sygnale, a z głośników dobiegał krzyk wyraźnie wstawionego policjanta „Jestem tu szeryfem!”. Prawie rozjechali jakiegoś przechodnia, jak zjeżdżali z chodnika. Tak się u nas udzielali społecznie…

Gdy miał szesnaście lat, policja zainteresowała się nim. Mieli „podejrzenie”, uzyskali nakaz prokuratorski. Dziwne, że nigdy nie mieli podejrzeń, co do osób jawnie rządzących osiedlem. Jan spakował plecak i mimo młodego wieku wyjechał. Tak po prostu. Daleko. Do znajomych, czasem odwiedzał dalekich krewnych. Policja przez trzy lata przyjeżdżała do matki i babci Jana. Czasem nocą, czasem w dzień. Nie oszczędzili ani odrobiny wstydu, zawsze kilku umundurowanych i uzbrojonych mężczyzn obstawiało blok. Rzadko przychodzili „operacyjni” w cywilu. Nagle, po latach, okazało się, że niepotrzebnie. On nie miał z tym nic wspólnego. Ustalono to bez żadnych wątpliwości, mundurowi po prostu przestali przychodzić. Jak gdyby nigdy nic. Lecz wówczas, gdyby został złapany, z pewnością kilka lat spędziłby z młodocianymi kryminalistami w poprawczaku.

Mama od lat nie miała na leki. Wegetowała, często nie było pieniędzy na jakiekolwiek jedzenie. Wśród kilku wyniszczających chorób miała poważne problemy z sercem. Ile zdrowia ją to kosztowało. Choć to by było nawet sprawiedliwe i uzasadnione, nigdy nic nie ukradłem żeby było na jedzenie czy lekarstwa. Mama dobrze nas wychowała. Nie pozwoliła inaczej. Ja sam też nie chciałem, wtedy nawet nie brałem takiej możliwości pod uwagę. Miałbym być bandytą? To było tak nie do pomyślenia jak lot na księżyc. Ale wszyscy, od dziecka, tak na wszelki wypadek, mieli mnie za bandytę. A na tej przeklętej ulicy tylko ja nie byłem z nimi.

Minęły kolejne lata. Gdy się ukrywał, musiał przerwać naukę. Z podstawowym wykształceniem trudno o pracę. Co najwyżej cały dzień na budowie za 10 zł. Wtedy rodzina straciła mieszkanie. Nie było dokąd pójść. Nie mieli takiej rodziny, która mogłaby użyczyć dachu nad głową. Nie było z czego żyć. Wtedy pierwszy raz pomyślał o drugiej stronie. O pieniądzach, które leżą na ulicy, wystarczy sięgnąć. Patrzał na cierpienia chorej matki, a myśli zakłócał towarzyszący mu od lat głód. Podjął decyzję. Zdecydował się zdobyć pieniądze, lecz nie chciał nikogo skrzywdzić. Postanowił wyrwać torbę listonosza w dniu doręczania emerytur. To państwowe pieniądze, czyli niczyje. Dokładnie wszystko zaplanował. Wiedział już, w której klatce schodowej dokona napadu, którędy ucieknie. Wiedział, że ubranie powinien spalić, razem z torbą, a pieniądze ukryć. Żal było ubrania, lecz trudno. Najważniejsze by nie zrobić krzywdy listonoszce. Zabrał nóż, tylko na postrach. Wiedział, że jeśli będzie walczyć, nie uderzy. Ucieknie. Liczył jednak na strach i posłuszeństwo ofiary.

Czekał na schodach, wysoko, przy strychu. I przed oczami przelatywały mu te lata, gdy nie mógł odwiedzić domu. Gdy nie jadł. Gdy spał niespokojnie, wiedząc, że zaraz ktoś może wejść… Zastanawiał się, dlaczego świat odebrał mu tym wygnaniem kilka lat młodości. Tak zupełnie za nic. I nigdy za to nie zapłacił, ani nie przeprosił. Był wściekły. Wreszcie usłyszał kroki. Nie te, których dawniej się obawiał. Te, których oczekiwał. Zdjął kominiarkę i bez słowa minął na schodach młodą pracownicę poczty. Wrócił do rodziny.

Upłynęły następne lata. Bez własnego dachu nad głową. Wiele przeprowadzek znikąd donikąd. I dalszych upokorzeń, głodu. Tyrania od rana do wieczora za grosze, z jednoczesnym widokiem na kariery i drogie samochody tych, co w podstawówce przechodzili z klasy do klasy na trójkach minus. Ale oni mogli pójść do liceum czy technikum, i zdobyli zawód, studiowali. Jan postanowił także coś zmienić w życiu. Zarejestrował działalność gospodarczą – pomoc i podwykonawstwo przy robotach budowlanych. Na początku urzędniczka nie przyjęła jednak jego wniosku. Nie miał zameldowania, musiał więc wynająć lokal będący „siedzibą” firmy. Po co siedziba w usługach budowlanych? Kilka miesięcy pracował na dodatkową zmianę i odkładał na tanie „biuro”. Następnie dopełnił formalności i rozpoczął działalność. Żeby opłacić ZUS i lokal musiał zdobyć każdego miesiąca przynajmniej 1400 zł, a przecież poza tymi kosztami musiał jeszcze zarobić na życie i pozostałe rachunki. Działał przez kilka miesięcy. Na siebie i matkę zarabiał, na wymagane przez państwo opłaty nie. Klienci rzadko też regulowali rachunki. Woleli sądy, wiedząc, że te nic im nie zrobią, gdy drugiej strony nie stać nawet na prawnika. Takimi podwykonawcami się pomiata. Ostatecznie zrezygnował z samozatrudnienia, gdy lokal odwiedzili „ochroniarze” i nadzwyczaj ekspresywnie zaproponowali opiekę nad „firmą” i jej właścicielem. Frustracja sięgała zenitu. Pozostał bez pracy, bez pieniędzy i z długami. W dodatku znów pogorszył się stan zdrowia matki.

Spotkanie przyjaciół z dzieciństwa oznaczało przełom. Od podstawówki minęło wiele lat, wszyscy przez ten czas bardzo się zmienili. Oni nie narzekali. Odnaleźli się w gospodarce postkomunistycznej. Mieli pieniądze. Choć nieduże, to wystarczające na dobre życie. I wzbudzali respekt. Do pracy nie jeździli autobusem, lecz kilkuletnimi, czarnymi BMW. Reguły wydawały się proste, nikt nie chciał krzywdzić niewinnych ludzi. Tylko działania w ramach branży. I w razie potrzeby gwarantowana pomoc od „swoich”. Czyli po raz pierwszy nie sam. I po raz pierwszy za konkretne pieniądze.

Początki były łatwe. Czasem wystarczyło tylko stać by zarobić. I nawet było honorowo. Do utarczek dochodziło tylko z konkurencyjnymi bandami, parę razy pociekła krew z nosa. Dopiero później „roboty” objęły także urzędników państwowych i osoby prywatne. Prawie zawsze jednak powiązane z brudnymi interesami. Od innych zleceń Jan trzymał się z daleka, gdy tylko mógł. Parę razy słyszał o wielkich, szybkich pieniądzach, lecz to nie było dla niego. Z narkotykami także nie chciał mieć nic wspólnego. Zadowalała go pensja żołnierza. Do tego zawodu wystarczała groźna mina i czarna skórzana kurtka.

Wtedy, wracając z tego pierwszego napadu, co go nie zrobiłem, ja zostałem napadnięty. Kilku „podwórkowców” uznało, że przechodząc ich placem naruszyłem ich teren. Ta grupa czuła się bardzo pewnie, oni „przejmowali” okolice. Byli młodzi, silni, wykurzyli „dziadków” i innych leszczy, zgrywali się na groźny gang. A naprawdę to okradali słabych przechodniów i kradli ze sklepów nawet batony. I przyczepili się do mnie. Wieczorem znów spotkałem dwóch z nich. Myśleli, że będę ich stałą ofiarą, lecz po chwili jeden leżał na ziemi, a drugi biegiem uciekał. Miałem cały czas ten nóż w kieszeni, a wiedziałem, że teraz jak się postawiłem to mnie mogą załatwić. Choćby jutro, chodziłem tamtędy codziennie. Ten, co go położyłem, poczuł więc blachę na szyi. Byłem tak zdesperowany, że sam nie wiem czy udawałem, czy naprawdę chciałem zrobić mu krzywdę. Zaczął mnie prosić, błagać, żebym go nie zabijał. Wtedy go puściłem. Przez jakiś czas miałem wtedy spokój. Nigdy wcześniej nikt nie okazał mi ani krzty szacunku. Nawet takiego, podszytego strachem. A ja nie zrobiłem nic złego, tylko się obroniłem. Tylko tak można.

Pewnego dnia trafiła się lepsza fucha. Ważne spotkanie, ważne rozmowy, wyższa „dniówka”. Na wszelki wypadek Jan dostał pistolet. Kolega na szybko pouczył jak odbezpieczyć broń, w którą część ciała najlepiej celować by zranić, a w którą by zabić. Tak na wszelki wypadek. Tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem. Doszło do awantury, padło kilka strzałów. Nie sfinalizowano transakcji. W samochód Szefa trafiły dwie kule. Jan też strzelał, w powietrze. Chyba każdy wtedy się bał, każdy chciał się ratować. Zabrakło zimnej krwi. Cudem nikt nie został ranny, ani nie zginął.

Szef docenił starania Jana. Podarował w podzięce ładny samochód i zlecił lepiej płatną pracę. Awans niewiele zmienił, tylko w portfelu przybyło pieniędzy. I Jan odwiedzał ładniejsze miejsca. Bywał w bankach, agencjach nieruchomości, urzędach. Nie okradał ich. Towarzyszył, jak wcześniej, starszym kolegom w interesach. Tylko większych interesach. I czasem dostawał do pracy broń.

To, co się działo, nie było złe. Zwyczajna praca, dzień po dniu tylko trochę więcej się działo. Ale to wszystko było wkalkulowane, koszty godnego życia. Trudno to wszystko nazwać złem, jak ktoś chce cię uderzyć to się bronisz, to naturalne. I tak właśnie było. A cała reszta to zwykły biznes, tanio kupić, drogo sprzedać. Ludzie, którzy przychodzili, godzili się na to. My też. Nie czuję żebym zrobił cokolwiek złego, ja nie skrzywdziłem żadnego niewinnego człowieka.

Klamkę nosiłem po to żeby się bronić.

Mijały miesiące. Trzymająca na początku w napięciu praca przerodziła się w nudną rutynę. Czasem tylko trafiał się dalszy wyjazd, do innego miasta lub zagranicę. Dwukrotnie policja zatrzymała nowych współpracowników, lecz za każdym razem szybko wychodzili na wolność. Tymczasem Jan przywykł do lepszego życia. Pełnej lodówki, samochodu, dobrych ubrań i pełnego portfela. A także do tego, że nikt nie wypomina braku wykształcenia czy mało ambitnego życiorysu. Wreszcie nikt nie rzuca kłód pod nogi.

Sielankę przerwał nagły huk. Kule dosięgły Szefa, gdy ten rankiem opuszczał dom. Zabójca opróżnił cały magazynek dziurawiąc ciało człowieka. Tego samego dnia dwóch innych członków gangu zginęło w wypadku samochodowym, a teren działania przejęła konkurencja grupa. Wkrótce policjanci z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali wielu pozostających na wolności kolegów. Wcześniej kilku innych wyjechało. Struktura Jana rozpadła się. Źródła dochodu przejęli silniejsi. Młody wilk nie czuł jednak żalu. Jako jeden z nielicznych uniknął więzienia, i co ważniejsze, przeżył. Nie musiał też opuszczać miasta. Nie był nikim ważnym, więc konkurencja dała mu spokój.

Od tamtych dni parę razy zmieniały się kalendarze. Za zarobione wcześniej pieniądze Jan ułożył sobie życie. Wieczorowo kończy szkołę średnią, myśli o zaocznych studiach. Zdobył też pracę, został przedstawicielem handlowym. Paradoksalnie, bierny udział w gangsterskich transakcjach nauczył go podstaw sztuki handlowej, przydatnej obecnie w legalnym zajęciu. Sprzedaż artykułów przemysłowych technicznie nie różni się niczym od przestępczej działalności. Czasem też widuje na ulicach dawnych współpracowników, tych z dolnej półki. Oni zostali. Zawsze zostają. Tylko kadra średniego szczebla się zmienia.

Życie Jana pozornie wyszło na prostą. Nadrabia stracony czas, łata to, co wcześniej wydało się już na zawsze przesądzone. Polubił tą szarą codzienność. Zawsze do niej dążył i jej pragnął. Ostatnio jednak znów normalny świat dał o sobie znać.

Skarbówka doczepiła się do moich dochodów. Prześwietlają moje konta i stan posiadania. Dużo tego nie ma, zarabiałem trochę lepiej od przeciętnego robotnika. Ale wystarczy żeby były problemy. Nie płaciłem podatków (śmiech), niby jak miałem płacić… Przekroczyłem ten próg, i to już jest przestępstwo karnoskarbowe. Jak mnie za to skażą, to stracę pracę. I nowej, dostatecznej by przeżyć, do zatarcia nie dostanę. Ludzi z plamą w papierach się nie zatrudnia. Do tego dojdzie spłata zaległego podatku z odsetkami i grzywną. Pewnie stracę wszystko, co dotąd zarobiłem i jeszcze będę zadłużony. Teraz płacę podatki i żyję zgodnie z „regułami”, ale kogo to obchodzi? Koło się zamknie. Może już za kilka tygodni, miesięcy. Jak tu mnie nie chcą, to ja wrócę do starej pracy. Szkoda trochę… (milknie na chwilę) Nadal znam wiele osób, referencje też są… A miastem rządzi teraz nowa ekipa.

Praca się znajdzie…


Rozmawiał Kazimierz Turaliński

Wywiad archiwalny z 2005 roku.