Jedną z funkcji prawa karnego jest tzw. sprawiedliwościowa. Jej cel jest prosty - społeczeństwo i ofiara przestępstwa mają uznać, że orzeczona przez sąd kara jest sprawiedliwa i kończy sprawę, gdyż dalsze mszczenie się nie ma już sensu. Gdy wyroki są zbyt łagodne lub dochodzi wręcz do umorzenia postępowań bez ukarania bandyty, to cel ten nie zostaje spełniony, a wtedy "prywatny" odwet jest jedynie kwestią czasu.

Tego wydają się nie rozumieć tacy sędziowie jak skład orzekający, który faktycznie uniewinniał przed laty Dominika W., wnuka byłego prezydenta Lecha W., za zaplanowane i z premedytacją dokonane ciężkie pobicie do nieprzytomności młodej dziewczyny (krwiak mózgu, utrata przytomności, przewiezienie do szpitala, potem kilka miesięcy leczenia psychiatrycznego z powodu doznanej traumy). Takie odrażające przestępstwo uznała bowiem za czyn o... niskiej szkodliwości społecznej. I skazała bandytę na symboliczną karę 20 godzin prac społecznych miesięcznie. Oczywiście gdyby to Panią Sędzię skopano po głowie do nieprzytomności, to wyrok byłby maksymalny a szkodliwość społeczna wręcz gigantyczna...

Ale mniejsza o nią - nikt się tą konkretną osobą nie przejmuje, bo to powszechna choroba polskiego wymiaru sprawiedliwości, który "pomaga", jest pełen "zrozumienia" dla przestępcy, robi co może by "nie niszczyć ludziom życia" wyrokiem. O ofiarach nikt nie myśli. Nikt nie myśli o tym, że bandyci to zaplanowali, przyjechali do czyjegoś świata i brutalnie go zniszczyli swoimi pięściami i butami. Prymitywizm i prostactwo zatriumfowało, a ktoś ma przez to złamane życie. Tu funkcja sprawiedliwościowa oczywiście nie zadziałała. A jaki będzie tego skutek?

Otóż, drodzy pobłażliwi sędziowie i prokuratorzy - nie taki jak tego oczekujecie. Tak, pomagacie niezliczonej rzeszy bandytów drwić z Temidy i z uczciwych ludzi. Ale to nie maraton tylko bieg krótkodystansowy. Kiedy sądy nie zaspokajają społecznej potrzeby sprawiedliwości, to społeczeństwo zaczyna radzić sobie z pominięciem sądów i organów ścigania. W takich przypadkach można ze spokojem założyć się o dobrą wódkę, że za parę miesięcy albo jak ktoś jest cierpliwy to lat, taki faktycznie uniewinniony bandyta będzie wracał spokojnie do domu. Będzie sam, spokojny, wyluzowany. I wtedy nagle poczuje metalową pałkę, która przetrąci mu kolano, twardy but łamiący nos, a potem serię uderzeń pięściami miażdżącymi szczękę, żebra i narządy wewnętrzne. Może sprawca lub sprawcy nie będą finezyjni i użyją noża? Gorsza opcja to odwet, który uderza nie w ciało przestępcy tylko w jego serce. Wtedy, aby "wyjaśnić" mu jak boli krzywda najbliższych, identyczna spotkać może jego dziecko, małżonkę lub siostrę. Od takiej kary "tolerancyjna" sędzia ani "troskliwy" prokurator nie ochronią. Więzienie ma bowiem także chronić bandytę przed wendettą i linczem. Pobyt w nim wystarczyć ma na ostudzenie gniewu. Gdy tego etapu zabraknie, gniew narasta i niemal zawsze kończy się tak samo.

Nie ma znaczenia kim była ofiara - czy miała rosłych braci, kuzynów lub przyjaciół, czy też jest biedną sierotką zarabiającą minimalną pensję na kasie w markecie. Każdy ma kogoś, komu zależy. Ciężkie pobicie posyłające na wózek inwalidzki lub dożywotnio szpecące można zlecić dzisiaj już za kilkaset zł. Osoba dobrze żyjąca z lokalnym światem przestępczym nie zapłaci ani złotówki - takie rzeczy załatwia się wtedy w ramach koleżeńskiej przysługi. Warto o tym przypomnieć ludziom, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Tak, stoją - ponad tym w todze. Ale togi się zdejmuje wychodząc z sali sądowej, po ulicach nie chodzi się w towarzystwie sędziego i prokuratora, a kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Więzienie to dzisiaj turnus wakacyjny, który ma przede wszystkim ochronić bandytę przed zemstą społeczeństwa i bliskich ofiary. Dlatego na miejscu żadnego cwaniaka-kryminalisty nie cieszyłbym się z wyroku będącego karykaturą sprawiedliwości. Od tego bowiem momentu to jest już tylko kwestia czasu, kiedy wyrok wymierzą ulica i twarde pięści. A ten bywa o wiele surowszy i zostawia ślady na dłużej. Zwykle na całe życie.


Kazimierz Turaliński