Jeśli zaginiona Iwona Wieczorek faktycznie nie żyje, co jest bardzo prawdopodobne ale wcale nie pewne, to brak odnalezienia ciała ma zapewne banalny powód. Wszyscy przekopują i przeszukują posesje ignorując lokalizację potencjalnego miejsca zbrodni. Nie potrzeba wyrafinowanego sprawcy zabójstwa by dojść do wniosku, że nad morzem szybciej można ciało zatopić niż zakopać.

Włoscy mafiozi słyneli z "betonowych butów", czyli pogrzebania ofiary żywcem w głębokiej wodzie poprzez obciążenie jej stóp wiadrem z zaschęnitym betonem. Na Sycylii - z uwagi na faktycznie nieograniczony dostęp do głębokiego morza - stosowano tzw. komunię, czyli zatopienie daleko od linii brzegowej zwłok w metalowej klatce. Tak obciążone ciało lądowało na dnie morza, gdzie nikt nigdy nie mógł go odnaleźć, a "przepływ" przez klatkę pozwalał na systematyczny rozpad corpusu delicti siłami natury - prądami morskimi i zwierzętami szkieletującymi ciało i powodującymi jego rozpad. Dowód zbrodni przestawał istnieć - z ziemi szkielet można wykopać po wielu latach, w morzu nikt nie zdoła odnaleźć rozproszonych szczątków.

Jeśli Iwona Wieczorek została zamordowana, to najprawdopodobniej właśnie w taki sposób trwale uniemożliwiono odnalezienie jej zwłok i jednocześnie uniknięto kamer monitoringu miejskiego. Prowadząca nad wodę plaża to również kiepskie źródło śladów traseologicznych. W takim scenariuszu zwłok nie wrzucono do Bałtyku z brzegu, ale wywieziono łódką na głęboką wodę (nie wykluczone, że bardzo daleko w morze) i zatopiono z obciążeniem. Nie jest to pewne, ale w świetle negatywnej weryfikacji innych racjonalnych wersji śledczych uznać trzeba, że ta jest ostatnią prawdopodobną.


Kazimierz Turaliński